Powrót do żagli by JacO

Powrót do żagli by JacO

Postanowiłem opisać wrażenia z mojego powrotu do żagli po….. hmm… ponad dwudziestu latach.
Obiecajcie, że nie będziecie się śmiać :)
Opis ten powstał po to, by wszyscy którzy „liznęli” żeglarstwo kiedyś, nie bali się powrotów do swojej „dawnej miłości”, do tych również którzy pływają, ale mają obawy przed wypłynięciem na słoną wodę.
Zaczęło się tak:
Jakieś dwa lata temu naszła mnie dręcząca od młodych lat myśl: zbuduję własny jacht :rolleyes: . Mam już wspaniałą rodzinę, mam gdzie mieszkać, w miarę ustabilizowaną sytuację finansową – trzeba zacząć realizować marzenia, które mam od najmłodszych lat. No i zaczęło się – poszukiwania „wymarzonej”, ale wielkością dającej szanse na ukończenie projektu, zawiodły mnie właśnie na sailforum.pl. To tu znalazłem relację z budowy, właściwie „biblię” naszego forumowego kolegi nok-a. Rozpocząłem budowę, a fakt o tym rozniósł się po rodzinie i znajomych lotem błyskawicy. No i wtedy przyjechał Tomek – kuzyn żony. Wiedziałem, że żegluje od lat, ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy (nie było okazji, czy co… :toung: ). Pooglądał, popatrzył i mówi: wiesz, płynę na rejs sailforumowy – ten majowy, może dołączysz? Nie miałem wtedy możliwości, żeby popłynąć, ale już wtedy zasiał „niepokój” w moim sercu. Kleiłem sobie listewki nadal i pewnego dnia przyjechał znów Tomek. Pokazał zdjęcia z rejsu, opowiedział „co nieco” i powiada – na Październikowy musisz płynąć. Długo nie trwało „namawianie” :] Jeszcze tylko przekonanie mojej drugiej połowy o słuszności decyzji :P i zaliczka na rejs poszła.
No i teraz nastał czas właściwej opowieści :)
Od tego momentu zaczęły się mnożyć pytania i wątpliwości: czy dam radę, przecież tak dawno nie pływałem na żaglach a nigdy na morzu, czy nie będę „rzygał”, nie zwykłem być tylko pasażerem, czy też kulą u nogi współtowarzyszy rejsu.
No ale cóż – powiedziało się A, trzeba powiedzieć resztę alfabetu :]
Tego „feralnego dnia” wsiadamy z Tomkiem do auta i „heja” w drogę – mamy prawie 600km. Staram się dopytać o wszystko Tomka w czasie drogi, ale on tylko ze stoickim spokojem odpowiada – zobaczysz będzie OK – soon – jeszcze nie wiedziałem wtedy do końca o co chodzi w tym wyrażeniu. Przyjeżdżamy do mariny w Gdyni ok. 22 i szukamy łódek. Są – stoją prawie obok siebie. Z Durforka dobiegają odgłosy , więc wchodzimy, większość ludzi jest już na miejscu i rozpoczął się „wieczorek zapoznawczy”. Ludzi widzę po raz pierwszy, ale ani trochę nie zauważyłem jakiegoś dystansu jaki można spotkać na lądzie przy pierwszych spotkaniach. Wszyscy serdeczni, otwarci i wyraźnie „soon”. Myślę sobie – chyba nie będzie tak źle :) . Po zakończeniu spotkania, kładziemy się na naszej „Brovarce” i zasypiamy snem kamiennym :) . Następnego dnia startujemy w „Błękitnej Wstędze” – regaty :nuts: – w to też jeszcze nie grałem :] . Leciutki wiaterek, spokojna żegluga, poznawanie jachtu i załogi. Następnie mała imprezka po regatowa, ale nie za mocno – capittano zarządził wieczorne wypłynięcie. Patrzę na błękitne i bezchmurne niebo, na nieruchome banderki jachtów w porcie i myślę sobie – jakie wypływamy – chyba na silniku. Życie zweryfikowało bardzo szybko me myśli.
Wypływamy ok. 2000 – ciemno, zaczęło nieźle wiać no i ten niezapomniany widok – widok opuszczanego portu – mojego pierwszego :) . Szybkie ustalenia co do rytmu wacht – pierwsza wychodzi moja i Tomka. Idziemy ostro na wiatr w stronę Helu, później zwrot i kurs na Liepaję na Łotwie.
Tomek stawia mnie przy sterze, sam obserwuje co się dzieje naokoło – idziemy przecież w „rucie” statków płynących do Gdyni i trzeba mocno uważać. Wszystko tłumaczy – wie, że się dopiero uczę. Wiatr wzmaga się do 5-6 B i do tego idziemy max ostro. Łódka tłucze się o krótką falę tak, jakby miała się za chwilę rozpaść (to moje pierwsze odczucia :( ), w żołądku tworzy się „twarda kula”, ale nie rzygam – jest dobrze. Mijamy Hel i robi się już regularna 6 w porywach do 7. Ta wachta minęła mi bardzo szybko. Myślę sobie – jak ja zasnę w takich warunkach – uwierzcie, nie było z tym problemów.
Wrażeń i odczuć podczas „pierwszego dnia” rejsu nie da się opisać słowami. To jest temat na „epopeję”, ale podsumowując – już wtedy wiedziałem, że „wpadłem po uszy” i żeglarstwo morskie będzie na stałe związane z moim życiem.

01-atsea

Następnego dnia budzę się sam, bez pomocy budzików, komórek i takich tam. Witają mnie uśmiechnięte twarze, klucha z żołądka zniknęła, telefon nie dzwoni, żadne maile nie przechodzą – myślę sobie – jestem w Raju :) . Do świadomości, że jeszcze jednak żyję przywraca mnie parę kuksańców sprzedanych mi przez Brovarkę podczas ubierania (łódką „trochę” kiwało) i głos – jakże piękny głos – „Noooo Dzień Dobry – chcesz kawy?”. Zasiadam więc w kokpicie, pałaszuję przygotowane przez wcześniej wstające (lub nie kładące się) dobre dusze śniadanko i mogę już przy łyku dobrej „kawki” do woli rozkoszować się otaczającym mnie „Cudownym Światem”. Wieje stale ok 6, idziemy wciąż ostro na lekko zrefowanych żaglach, atmosfera wśród ledwo co poznanych ludzi doskonała. Każdy się śmieje, opowiada coś o sobie, o przeżytych wcześniej rejsach – słowem – idylla.
Myślę sobie – nie no za chwilę coś się zes..a, za chwilę ktoś mnie obudzi – jeszcze wtedy myślałem i postrzegałem wszystko jak szczur lądowy… ale już coraz słabiej. Zaczynało do mnie docierać, że wszystko to dzieje się naprawdę. Ci wszyscy ludzie nie uśmiechają się do mnie bo „tak wypada”, czy też coś ode mnie chcą. Oni uśmiechają się naprawdę – są szczęśliwi, a ta bajkowa sceneria nie zniknie jak bańka mydlana.
Płyniemy więc dalej (jak zwykle „wmordewiatr”), ustaliliśmy wspólnie, że wachty będą obowiązywały tylko od wieczora do rana (2000 – 0800) – w dzień i tak prawie wszyscy siedzimy w kokpicie, a steruje ten, kto ma na to właśnie ochotę (bijatyk o koło nie było, ale nerwowe tupanie i owszem ;) ). Powoli uczę się sterowania jachtem na fali, tak, żeby zmierzał on we właściwym kierunku, ale nie tłukł o każdą większą falę mocząc przy okazji połowę załogi.
Nastaje wieczór, pierwszy zachód słońca na pełnym morzu :) . Trzeba iść spać, bo następną wachtę mamy z Tomkiem od 0400 d0 0800 – jednak długo nie mogę zasnąć po minionym dniu…

02-DSCF1962

03-DSCF1908

04-DSCF1972

05-DSCF1971

06-DSCF1980

07-IMG_0037

08-IMG_0031

09-DSC03848

10-IMG_0035

11-DSCF1987

Mała pomyłka we wcześniejszym akapicie (SKS cholera) – tej nocy mamy mieć drugą wachtę: od północy do 0400.
Nastała więc noc i poranek – dzień trzeci.
Pobudka po chwili spania nie była już tak przyjemna jak poprzedniego dnia – Tomek musiał mnie budzić. Ale bez szemrania przyjąłem słowa „wstawaj, nasza wachta” i gotowy byłem w 5 minut (znów zarobiłem parę kuksańców od Brovarki podczas ubierania się i jeszcze trzeba było uważać, żeby nie pobudzić śpiącej załogi). Dmuchało dalej zdrowo i ciągle „w pysk” :push: .
Psia wachta była dla mnie najcięższą, jeżeli chodzi o wachty. Zanim człowiek się naprawdę rozbudzi i czerpie przyjemność z pływania – wstaje następna zmiana – a może to tylko zmęczenie daje o sobie znać? Tym razem po zejściu z kokpitu zasnąłem snem sprawiedliwego.
Następnego dnia wielkie wydarzenie – zbliżamy się do portu – przed nami Liepaja – mój pierwszy odwiedzany port morski (od strony morza :cool: ). Morze rozbujało się już na całego, ale zaczął siadać wiatr – jakieś 3-4 stB. Mozolnie oramy fale pod wiatr, ale atmosfera wśród załogi nadal doskonała – „pijemy morze”, w głosach słychać też już radość ze zbliżającego się portu i chyba ciepłego prysznica :nuts: .
W pewnym momencie, ze dwadzieścia metrów przed dziobem a z pięć nad wodą przeleciało coś czarnego z białym krawatem. Myślę sobie – qrcze pingwin – ale przecież one nie latają. Gdyby inni tego nie widzieli pomyślałbym, że mam jakieś haluny za szczęścia, ale widzieliśmy to wszyscy. Później dopiero ktoś na naszym forum odkrył, że był to nurzyk.
Do portu wchodzimy wieczorem, na wejściu kapitanat wywołuje nas przez radio, żebyśmy uważali, bo wychodzi właśnie duży statek. Hasło na radiu „nje mieszajtie nam” długo było jeszcze tematem do żartów :] .
Durforek przypłynął kilka godzin wcześniej, stajemy więc przed nim i pijemy porządnego kielicha – „za cudowne ocalenie”. A potem prysznic :nuts: – o jakże cudowny wynalazek. Trochę niepokoju wzbudził we mnie fakt, że w małym pomieszczeniu cały świat zaczyna mi się chwiać – przecież nie wypiłem tak dużo ;) . Później dowiedziałem się że to normalka po parodniowym pływaniu i oznacza to, że chorobę morską mam już za sobą. Na moje szczęście nie miałem jakiś strasznych jej objawów na morzu – wspomniana wcześniej „klucha” w żołądku ze dwa, trzy razy i tyle.
Na zwiedzanie miasta było już trochę za późno, więc zasiadamy pod pokładem Durforka wraz z jego załogą, gdzie sam kapitan przygotował na kolację pyszną pizzę.
A potem to już normalka ;) – granie na gitarze i imprezka do późna.
Rankiem skoro świt ;) wykąpani i ogoleni wyskakujemy na zwiedzanie Liepaji. Jeszcze w Gdyni słyszeliśmy opowieści, że w tym mieście na jednego mieszkającego tam mężczyznę przypada osiem :nuts: ) kobiet. Spacerując po mieście przypomniałem to sobie i zacząłem zwracać uwagę na mijających nas mieszkańców. Kobieta, kobieta……… kobieta, ooooooo jest facet – no tak, ale on ma ok. 70-tki :] . Okazało się, że faktycznie – prawie wszyscy mężczyźni w wieku „produkcyjnym” wyemigrowali zarobkowo za granicę Łotwy.
Kulturalna kawka z miejscowymi ciasteczkami, drobne lekcje łotewskiego u ekspedientki :P i uzupełnienie artykułów do wykwintnego obiadu, jaki obiecał nam Tomek.
Duże wrażenie wywarło na mnie miejskie targowisko – jakbym się przeniósł w lata swojego dzieciństwa. Grajek na harmoszce przy wejściu, na stołach wszelakich wystawione produkty – głównie owoce i warzywa oraz przetwory z domowych wytwórni.
Po powrocie na jacht, Tomek i dziewczyny faktycznie przygotowali ucztę – polędwiczki z sosem żurawinowym z zasmażanymi w piekarniku talarami z ziemniaków, udekorowane pięknie przez Lady Cappitano ;) – to danie na długo zostanie w mej pamięci – mniam :toung: .
W planie mieliśmy wieczorne wypłynięcie do Kłajpedy, jednak prognozy pogody je niweczą – wiatr 8 no i z jakiego kierunku? – oczywiście „w pysk”.
Rozgrzeszeni przez Neptuna i rozgrzani winkiem podanym do obiadu (mniam), idziemy więc na plażę. I kolejne zauroczenie – tak szerokiej plaży jeszcze nie widziałem, a do tego widok zachodzącego przez chmury słońca :rolleyes: . Trochę wiało, więc legliśmy pomiędzy wydmami i otworzyliśmy butelczynę trunku, jaki marynarze lubią najbardziej :toung: – poczułem się tak, jak podczas pierwszych wakacji bez rodziców nad morzem :cool:
Mam też niejasne wrażenie, że to tam nastąpiła pełna integracja załogi i zawiązane przyjaźnie na dłuuugi czas :) .

12-1

13-2

14-3

15-4

16-5

17-6

18-7

19-8

20-9

Po pierwszym powrocie z plaży (zaraz wyjaśnię dlaczego pierwszym :P ) zgodnie stwierdziliśmy, że szkoda by było kończyć snem tak pięknie rozpoczęte popołudnie :] . Bawarka wyposażona była w nawet niezłej jakości radyjko (był też telewizor :weird: – ale na szczęście ani razu nie był on uruchamiany), gdzie znaleźliśmy super stację łotewską, nadającą same kawałki z lat 80-tych. No i zaczęło się :toung: – tańce, hulanki, swawole, tańce na „rurze”, o mały włos nie skończyło się striptizem ;) :] :] :] .
Zastanawiający był brak zmęczenia – przecież byliśmy po dosyć ciężkim etapie, cały dzień na nogach – a my po tym wszystkim poszliśmy jeszcze raz na plażę :wecko: . Powrót był bardzo radosny, jeden z uczestników próbował nawet pobić rekord świata w biegu na ok 1000m ;) :] .
Późnym rankiem wstajemy, śniadanko, wypad na miasto po drobne zakupy i zaczynamy klarować łódkę do wypłynięcia. Odebrane prognozy potwierdziły uspokajanie się wiatru i możemy ruszać w drogę powrotną. Trochę kombinować musieliśmy z dotankowaniem paliwa. Przy nabrzeżu przeznaczonym dla jachtów nie było stacji paliw, nie znaliśmy dobrze portu handlowego i nie chciało się nam marnować czasu na szukanie nadwodnej stacji. Tym bardziej, że w zasięgu wzroku, jakieś 300 metrów od nas widać było stację paliw. Jeden szkopuł – stacja znajdowała się na lądzie i za jednym chyba z większych skrzyżowań w Liepaji, węże w lądowych stacjach benzynowych generalnie nie są za długie ;) , a nie mieliśmy żadnych kanistrów w których moglibyśmy przynieść to paliwo do jachtu. „Z pomocą” przyszedł nam stojący nieopodal stary rozsypujący się kuter, na którym właściciel urządził sobie składowisko rupieci. Pożyczyliśmy sobie na chwilę zgrabny pojemnik i wraz z Mirkiem załatwiliśmy temat przynosząc ok 20l paliwa – „dla świętego spokoju” :) .
Wyluzowany ostatnią kąpielą pod prysznicem (już wiedziałem jakie to ważne :toung: ), czekam sobie spokojnie na pokładzie i zastanawiam się – ciekawe do której cumy przydzieli mnie Cappittano. Ale nie dane było mi tego dnia dotknąć cumy – Przychodzą Mirek z Tomkiem (ja wiem – to zmowa była ;) ) i spokojnie oznajmiają: ok, to lecimy – Jacek do steru – odchodzisz. Miękkie nóżki, łomot serca i pewien niepokój – cholera – co innego sterować na morzu, co innego w porcie – a jak pójdzie coś nie tak i przywalę? :( . Pewności siebie dodają mi Miru i Wilki stojący tuż obok i monitorujący cały manewr. Udało się na szczęście bez szkód w sprzęcie i ludziach :P . Cappitano objaśnia co mam robić, na co zwracać uwagę, generalnie, że mam mieć oczy naokoło głowy. No to pewny już siebie płynę dość długim basenem portowym w stronę wyjścia i nagle Miru pyta: ile jednostek płynie za nami? Odwracam się, a tu o zgrozo – zasuwa na nas wielki kuter rybacki :wecko: . Kolejna nauka – na morzu nigdy nic nie może uśpić twojej czujności. Nawet jak płyniesz maksymalną prędkością dozwoloną w portach, nie możesz być pewny, że nikt nie płynie szybciej. Kuter był jeszcze w bezpiecznej odległości, ale jako sternik powinienem go zauważyć dużo wcześniej :oops: .
Wypływamy więc z pięknej Liepaji na wciąż rozhuśtane przez wczorajszy sztorm morze. Kierunek wiatru (zgadnijcie jaki :( ) i niepewna pogoda, zmusza nas do zrezygnowania z zawinięcia do Kłajpedy (mogło by starczyć czasu tylko na wpłynięcie, szybki prysznic ;) i wypłynięcie z portu – za trzy dni musimy zdać Brovarkę :( :–. Decydujemy, że lecimy bezpośrednio na Hel, żeby tam porządnie zakończyć rejs :P .
Moje odczucia otaczającej mnie podczas etapu powrotu rzeczywistości były prawie takie same, jak podczas pierwszych dni rejsu. Wciąż chłonąłem każdą chwilę spokoju i radości jaką daje żeglowanie, zniknął też już całkiem lęk przed chorobą morską. Był jednak „cierń”, który zaczął uwierać, psuć pełnię szczęścia. W podświadomości czułem, że zbliża się koniec tej wspaniałej przygody, że już niedługo będę musiał wskoczyć w „kierat” życia lądowego. Wiedziałem jednak, że po powrocie będę chyba innym człowiekiem. Ale o tym później :) .

21-DSC03935

22-DSC03956

23-IMG_0060

24-DSC03885

25-DSC03893

26-DSC03904

27-IMG_0097

Płyniemy więc w stronę Helu przygarniając na gapę sikorkę, którą karmiliśmy i przenocowaliśmy w kokpicie. Wiatr zelżał do 2-3, morze też się uspokoiło, pokropił nas też parę razy drobny deszcz.
Tej nocy mieliśmy z Tomkiem wachtę od 0400 do 0800 – najlepsza dla mnie, jeżeli chodzi o porę i doznania :rolleyes: . Wschód słońca nie zapowiadał się ładnie przez chmury, a i tak był boski :cool: . Wolno idziemy ostro do wiatru, w pewnym momencie wspomagamy się nawet silnikiem. Planowane wejście do portu gdzieś koło południa, mamy więc dużo czasu i próbujemy z Mirkiem wyciągnąć coś na wędkę, na ostatnią kolację w tym rejsie. Dorsze jednak nie chciały z nami współpracować tego dnia, decydujemy więc, że szkoda czasu i wpływamy do Helu.
Pogoda zrobiła się wyśmienita (poza wiatrem) – zupełnie jak nie w październiku – pełne słońce i ciepło tak, że można było chodzić w krótkim rękawku. Durforek tradycyjnie już czekał na nas wraz ze swoją załogą ;) .
Po zacumowaniu w prawie pustym porcie Cappittano wraz z Małżonką sprawili nam nie lada niespodziankę – wręczyli nam złote medale :nuts: za udział w regatach Błękitnej Wstęgi, w których startowaliśmy pierwszego dnia rejsu. Zajęliśmy w nich jedynie słuszne :P – pierwsze miejsce w klasie ATSEA I :D . Pamiętam, jak łza wzruszenia zakręciła mi się w oku podczas dekoracji medalowej :) – medal nadal mam – i niech ktoś spróbuje mi go zjeść ;) :] .
Tego dnia zdecydował się nas opuścić Bodo (wyskoczyło mu niespodziewane spotkanie) – odprowadziliśmy go na busa całą załogą i żegnaliśmy druha tradycyjnie białymi chusteczkami :) . Miałem wrażenie, że żegnamy członka rodziny, a przecież znaliśmy się zaledwie od tygodnia :( .
Ale Bodo – nie wiesz, co straciłeś – przecież przed nami „zielona noc” :nuts: – ostatnia noc na jachcie podczas tego rejsu.
Po uzupełnieniu „zapasów” w sklepie, wróciliśmy do portu, gdzie pierwsze co zrobiłem to co? – oczywiście poszedłem pod prysznic :] . Tu pierwsze zderzenie z polską rzeczywistością – prysznice pozostawiały wiele do życzenia i każda kąpiel to siedem „zyla”. W Liepaji warunki były o niebo lepsze, a stać mogłem pod prysznicem całą dobę i wszystko było wliczone w opłatę portową.
Następnie odkorkowaliśmy kolejną butelkę wina w tym rejsie a Irmina z Mirem przygotowali na obiado-kolację takie owoce morza, że zacząłem się zastanawiać, ile ja przybiorę na wadze w tym rejsie :P . Rozluźnieni winkiem marki COTE (audycja zawiera lokowanie produktu ;) ) odpaliliśmy naszego samograja i znów się zaczęło – tańce, hulanki, swawole ;) – dziewczyny ubrały nawet sukienki :nuts: – tak było fajnie :] .

Tego dnia słońce pożegnało nas pięknym zachodem, a impreza przeniosła się do kokpitu Durforka, gdzie kapitan, niejaki Wojtek ;) obchodził swoje okrągłe urodziny – jeszcze raz Wszystkiego Naj.. Wojtku :) .
„Uruchomiliśmy” gitarrrę i wydzieraliśmy się do późnej nocy jak stare Wilki Morskie ;) . Zaczęli się schodzić ludzie z sąsiednich jachtów – myślę sobie – chyba jesteśmy jednak za głośno :weird: – ale nie, oni przyszli do nas pośpiewać i pobawić się – taka była „balanga” ;) . Nigdy bym nie pomyślał, że w kokpicie Durforka może się zmieścić (oczywiście piętrowo :] ) ok. 20 osób – reszta stała na kei :] .
Następnego dnia, późnym porankiem ciężko nam było wstawać z koi, tym bardziej że zaczął padać drobny deszcz, a nad wodą unosiła się gęsta mgła.
Doskwierała nam też świadomość, że to ostatni dzień naszej przygody :( . Przed nami jeszcze tylko krótki odcinek z Helu do Gdyni i to jak się okazało – na silniku – zdechł zupełnie wiatr :sad: .
Morze nie chciało nas jednak puścić tak łatwo – przy wejściu do portu podpływa do nas policyjna motorówka ;( i pan oficer informuje , że wejście do portu jachtowego jest zamknięte, bo pod wodą są nurkowie oczyszczający wejście.

Gdy stanąłem na kei w Gdyni, poczułem jakby jakiś ciężar usiadł mi na ramionach. Z jednej strony czułem radość, że już niedługo zobaczę się z rodzinką i będę mógł ich wszystkich zobaczyć i przytulić :rolleyes: , a z drugiej chciałem z powrotem wskoczyć na jacht i popłynąć dalej.
Wiedziałem już wtedy, że jeżeli tylko będę miał możliwość i okazję, to wsiądę w auto i przejadę te prawi 600km, żeby móc przeżyć to jeszcze raz…. :)

PS. Opowieść oparta na faktach, wszelkie podobieństwo imion i osób na zdjęciach jest zupełnie przypadkowa ;) :]
Dziękuję Wam moi drodzy i do zobaczenia, mam nadzieję niedługo :)

28-1

29-111

30-11

31-12

32-13

33-2

34-21

35-3

36-4

37-5