Chorwacja lato 2014 by Miru

Chorwacja lato 2014 by Miru

Nadszedł czas, żeby pochwalić się swoim rejsem. Latem obiecałem, że zrobię to jak najszybciej i niestety to „jak najszybciej” jest dopiero teraz.
Jak już wiele osób wie uwielbiam Chorwację. Jeździmy tam z rodzinką od wielu, wielu lat. Czasami kilka razy do roku. Za dawnych czasów jeździliśmy tylko „na ląd”. Później było kilka charterów, aż w końcu w 2012 nasz pierwszy rejs Espenktem po wodach Jadranu. Niestety, ale nie stworzyłem relacji z 2012 roku, chociaż „dziennik pokładowy” i zdjęcia mam.
W tym roku zaplanowaliśmy trzy tygodniowy rejs po Jadranie.
Wiosną zacząłem szukać w miarę taniego dźwigu w Chorwacji. Niestety, ale dźwig za pół ceny z darmowym parkowaniem z 2012 r był nieosiągalny.
Zarezerwowałem sobie dźwig w Zadarze w Marinie Borik ( http://www.marinaborik.hr/engleski/pocetnaen.htm ) na 16 sierpnia.

Z Polkowic wyruszyliśmy 15 sierpnia o 0930.
Przetestowałem wszystkie możliwe trasy do Chorwacji i dla mnie najlepsza jest ta:
-Polkowice,
-Legnica,
-Bolków,
-Lubawka,
-Hradec Kralove,
-Pardubice,
-Znojmo,
-Wiedeń,
-Graz,
-Maribor
(Jak jeżdżę bez łódki to omijam słoweńskie autostrady, ze względu na niewspółmierną cenę za winietę i korki na granicy. Znam trasę alternatywną bez korków i bez opłat)
-Zagreb,
-Zadar.

Wyjechaliśmy trochę za wcześnie ze względu na to, że podczepili się do nas znajomi, którzy nie znali trasy. W Czechach jak zwykle trafiliśmy na objazd, ale pojechaliśmy za „miejscowymi” i obyło się bez nadkładania 30 km. Bez żadnych problemów dojechaliśmy do Chorwacji. Po drodze wiadomo: w Czechach, Austrii i Słowenii winiety. Pytałem się, czy nie potrzebuję jakiejś extra opłaty za taką dużą przyczepę i wszędzie mówili mi, że na auto z takimi przyczepami winieta jest taka jak za osobówkę. W Chorwacji za taki zestaw niestety ale pobierają wyższą opłatę niż za samo auto.
Jechało się tak dobrze, że o 0200 byliśmy 70 km od Zadaru. Na 0300 bylibyśmy a Zadarze, ale już kiedyś stałem pół nocy pod bramą (w COŻ) i nie było jak wjechać, bo brama była zamknięta.

01-t_dsc02173_163_972Postanowiłem więc poczekać do rana na autostradowym parkingu. Wyspaliśmy się wygodnie na łódce i o 0600 ruszyliśmy do mariny Borik. W marinie byliśmy o 0800.

02-t_dsc02174_166_183Zaparkowaliśmy, obsługa mariny wiedziała że przyjedziemy, ale nie mogli nas zwodować dopóki nie załatwimy w kapitanacie prijavy.

03-t_dsc03108_155_539Jak szukaliśmy jachtu dla siebie, to najważniejszym kryterium była szerokość kadłuba. Żeby nie martwić się o kontrole, przepisy w poszczególnych krajach zdecydowaliśmy, że ma być do 2.5m.

Wymiary jachtu na przyczepie.
– szerokość zestawu to właśnie 2.5m,
– długość łódki to 8.15m, przyczepka przy wysuniętych światłach ma około 8.3m,
– długość auta z hakiem to niecałe 5m, czyli długość zestawu około 13.3m,
– max. wysokość łódki na przyczepie około 3.4m. Trzeba uważać pod wiaduktami i mostami. Można trafić na wiadukty o wysokości właśnie 3.4m – trzeba uważać. Tak samo przy przejeżdżaniu pod niskimi wiaduktami o „łukowatym” prześwicie. Trzeba trzymać się bliżej środka.
Średnie spalanie na trasie do Cro według komputera 12.5 litra ON.
Z takim ładunkiem staram się jeździć bardzo delikatnie i z prędkością niewiele przekraczającą 80km/h.

No teraz opowieści ciąg dalszy.
Chłopaki z mariny są bardzo uprzejmi. Wskazali miejsce gdzie postawić przyczepę z łódką.
Odczepiliśmy się i jazda do centrum do kapitanatu –( lučka kapetanija) .
http://www.mppi.hr/default.aspx?id=475
Według linku powyżej kapitanat jest na końcu cypla w sporym dosyć nowo wyglądającym budynku. Niestety, ale tak nie było. Kapitanat (od wydawania winiet) jest kilkaset metrów przed tym „dużym”, w malutkim jasno brązowym budyneczku. Budynek jest przysłonięty drzewami.
Wzdłuż murów starego miasta są parkingi – płatne oczywiście.
UWAGA!!!! Nie próbujcie parkować na dziko, nawet jak stoją tam Chorwaci. Bądźcie pewni, że was odholują na parking. Kiedyś cena takiej przyjemności to było 100 eurasów. Nie wiem jak teraz, a znam to na szczęście tylko z opowieści.
Wszędzie w zasięgu wzroku są parkomaty – trzeba mieć bilon.

Pamiętajcie, że po chorwacku słowo GODINA – oznacza rok. Więc ludzie mogą być zdziwieni jak powiecie im, że parkujecie na godzinę :]
Godzina po chorwacku – SAT (jedan sat, dva sata, tri sata….)

04-Zadar

05-Kapitanat Zadar

06-W kolejce na przegl±d przyczepy1

07-W kolejce na przegl±d przyczepy

Zapomniałem o składzie załogi:
Mirek,
Irmina – żona,
Ewa – córka.

Koszty do tego momentu:
winieta miesięczna Czechy – 440 Koron Czeskich,
winieta 10-cio dniowa Austria – 8,70 Euro,
winieta miesięczna Słowenia – 30 Euro,
opłaty za autostradę do Zadaru coś około 200 Kun,
połata za dźwig (w jedną stronę) 110 Euro,
opłata za cumowanie (doba) 55 Euro – w cenie prąd, woda, toalety, prysznice,
opłata za parkowanie auta (doba) 45 Kun,
opłata za parkowanie przyczepy (prikolica) (doba) 45 Kun.
Na czas wodowania, przygotowywania łódki do rejsu nie pobierają opłat za auto, ani za przyczepkę. Auto z przycepką parkowaliśmy gdzie indziej, ale o tym później.
http://www.marinaborik.hr…enikENG2014.pdf

Wracamy do opowieści.
Kapitanat, jak już wspomniałem znajduje się w małym budyneczku. W małym pokoiku za „ladą” siedzą sobie dwie osoby i obsługują takich klientów jak my.
Formalności są bardzo krótkie. Pani poprosiła mnie o dowód rejestracyjny łódki, świadectwo SRC jednej osoby i ubezpieczenie OC łódki. Winietę/prijavę dostaje się na rok. Opłatę „klimatyczną” według potrzeb. Wykupiliśmy na miesiąc z myślą, że będziemy żeglować trzy tygodnie.
cena prijavy – 325 Kun – zależna od długości łódki,
opłata „klimatyczna” na miesiąc – 400 Kun.

W poprzednich latach oprócz papierów dostawało się naklejkę, którą trzeba było przykleić na zewnątrz łódki w dobrze widocznym miejscu, obowiązywała też lista załogi. Już tego nie ma.
Dostaje się „prijavę” i „opłatę klimatyczną”, i to wszystko. Trzeba bardzo pilnować tych papierków, bo tylko tego żądają we wszystkich marinach. Nigdzie nikt nie pytał nas o inne dokumenty.

Po otrzymaniu papierków zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę, po uliczkach starego Zadaru, śniadanko gdzieś w knajpce, lody i kawka. Zadar znamy z poprzednich lat, więc szybko zakończyliśmy spacer.
Wróciliśmy do mariny. Zapłaciliśmy za dźwig i z pokwitowaniem zapłaty poszliśmy do Marineros.
O godzinie 1200 łódka była w wodzie. Obsługa sama podpycha przyczepkę pod dźwig za pomocą widlaka. Na końcu wideł mają kulkę od haka holowniczego.
Po wodowaniu wiadomo, sprawdzenie czy nic nie cieknie, taklowanie, podłączenie do prądu, tankowanie wody, sprawdzenie silnika, dmuchanie pontonu. W międzyczasie krótka wycieczka do Konzuma po „napoje chłodzące” typu Karlovacko, ewentualnie zimna Jamnica zmieszana z czerwonym winem (suho crno vino).
O godzinie 1730 byliśmy po robocie.

08-Prijava

09-Taxa

10-DSC02178

11-DSC02184

Teraz, co zadecydowało, że wodowaliśmy w Zadarze – finanse oczywiście.
Kilka lat temu objechaliśmy całe wybrzeże w poszukiwaniu taniego dźwigu. Udało nam się znaleźć klub żeglarski pod Splitem, gdzie za około 120 euro mieliśmy wodowanie, wyciągnięcie łódki i parking auta z przyczepą.
W tym roku od lutego próbowałem skontaktować się z kapitanem klubu ale niestety nie udało się.

Wszędzie ceny dźwigu były podobne – około 100 Euro za jedną operację. Do tego dochodziły koszty za auto z przyczepą – w sumie za sam parking na trzy tygodnie wychodziła niezła sumka.

Zdecydowaliśmy się na Zadar, bo tam mamy gdzie postawić auto z przyczepą za free. Na obrzeżach Zadaru mamy od kilku lat prawie, że rodzinę, a oni mają „willę” w której wynajmują pokoje dla turystów. Willa jest co prawda z 800 metrów od morza, ale za to jest spokój i cisza. No i dużo miejsca do parkowania.

http://www.villatriton.de/

Właściciele (Marko i Ivana) raz na tydzień robią taką prawdziwą chorwacką ucztę/kolację/grilla.
Po 1700 zawieźliśmy autko z przyczepą do Marko i Ivany – a tam już był rozpalony grill.
Była też tam Irminy siostra ze szwagrem i córką.
No i się zaczęło.
10 kg muli (nie hodowlanych) wyjętych z morza przed południem, dorady, jagnięcina, kruh, maslinovo ulje, wino, wino, wino.
Marko jest jak nie Chorwat – poje tylko wino i to w symbolicznych ilościach, ale pozostali to nadrobili.
W domu (na łódce) byliśmy o 2330.

17 sierpnia
Umówiliśmy się z Irminy siostrą na jednodniowy rejsik na piękne wysepki TRI SESTRICE.
Wysepki leżą około 10NM na NW od Zadaru.
Odcumowaliśmy około 1100 i wyszliśmy z mariny na silniku. Wiaterek słaby, ale z dobrego kierunku, więc szybko postawiliśmy żagle i silnik stop. Płynęliśmy sobie około 40 minut i wiatr zdechł.
Próbuję uruchomić silnik i….. nie chce odpalić. Podpompowałem paliwo i dalej nic. Za którymś tam razem zaskoczył, pochodził kilka sekund i znowu zgasł. Jeszcze kilka prób i odpalił, ale chodził tylko na wolnych obrotach. Oczywiście zmiana decyzji i wracamy do mariny.

Zacumowaliśmy, otworzyliśmy piwko, później drugie i zacząłem dumać, co się stało z silnikiem.
Żeby „odpocząć” od silnika poszliśmy na plażę. Następne piwko ze szwagrem, kąpiel w morzu. Powrót na jacht, obiad, piwkowanie i rozmowy o życiu.
Wieczorkiem spotkanie z Marko i Ivaną. Chcieliśmy ich zabrać razem z dziećmi w następny dzień na podobną wycieczkę gdzieś na wyspy. Musieliśmy odwołać ze względu na awarię.
Zmęczeni „słońcem” poszliśmy spać.

18 sierpnia od rana w nie najlepszym humorze biorę się za silnik.
Dziewczyny idą na plażę.

Mam silnik Yamaha 9.9 High Trust w studzience. Nigdy nie miałem z nim kłopotu. Przed sezonem 2013 sprowadziłem sobie z USA (o wiele taniej niż w Polsce, nawet z cłem) wszystkie możliwe uszczelki, iglice, cewkę, filtry oleju, wirniczki do pompy wody. Wszystko powymieniałem i cały poprzedni sezon przepływałem bez większych problemów.
Przed sezonem 2014 oczywiście wymiana olejów, filtrów, sprawdzenie świec i próbne odpalenie.
Na początek sprawdziłem całą linię paliwową, później wziąłem się za „elektrykę”. Chciałem sprawdzić świece, ale okazało się, że na łódce mam wszystko oprócz klucza do świec (nawet lutownicę, i dokrętarkę). Musiałem go wyjąć podczas przeglądu przed sezonem.
No to idę do marineros, niestety nie mieli klucza, ale powiedzieli, że po drugiej stronie drogi jest serwis silników jachtowych. Poleciałem do serwisu, wytłumaczyłem co mi potrzeba i bez problemu dostałem markowy klucz nasadowy z grzechotką. Właściciel warsztatu nawet nie zapytał mnie gdzie stoję, skąd jestem i kiedy oddam klucz.
Wróciłem, sprawdziłem świece i… lipa. Wszystko dobrze, a silnik nie pali, albo strasznie źle pali.

Kolejne piwko – bo gorąco jak w….. – bardzo gorąco.

Poszedłem do serwisu oddać klucz. Byłem zdesperowany, bo początek urlopu, a ty nie ma jak pływać. Pytam więc w serwisie co może być z moim motorem, a pan mi na to CARBURATOR. Mówi, że może wystarczy wyregulować, a jeżeli będą potrzebne jakieś części to potrwa kilka dni. Dałbym każde pieniądze za naprawę, ale pomyślałem, że pewnie cena serwisu mnie zabije. Pytam, więc nieśmiało mechanika ile będzie kosztować taka naprawa.

12-DSC02194

13-Tri Sestrice

14-Serwis Zadar

Mechanik powiedział 150 Kun.
Dwa razy pytałem, czy aby na pewno Kun??
Szybko do mariny, po drodze zawinąłem wózek do przewozu bagaży. Dwadzieścia minut i silnik był w warsztacie.
Pytam mechaniora na kiedy ewentualnie będzie coś wiedział. No i jak to południowiec – daj numer telefonu jak zrobię to do ciebie zadzwonię. Daję numer telefonu, ale nie daję za wygraną i pytam ponownie – kiedy? Dzisiaj – odpowiedział mechanik.
Tomek – po prostu typowe południowe SOON.
Liczyłem, że pewnie będzie coś wiadomo koło wieczora. Postanowiliśmy więc dla zabicia czasu przejść się piechotką do starego Zadaru – około 4 kilometry. Po drodze zjedliśmy lody, doszliśmy do starego miasta, a tu telefon – „Motor radi, sve je u redu”. Pytam się co było – Carburator.
No to powrót do mariny, zapłaciliśmy 150 Kuna, dorzuciliśmy Żałądkową. Powiedziałem mechanikowi, że będę go chwalił po wsze czasy.
No to chwalę i polecam:

http://www.kwnautik-servis.hr/index_en.html

Zamontowałem silnik, odpalił od razu.
Była godzina 1430.
Stwierdziliśmy, że wypłyniemy jutro rano. Do wieczora plażowanie, wizyta w Konzumie w celu zrobienia malutkich zapasów na najbliższe dni.

Na 1930 umówiliśmy się z Marko, Ivaną, siostrą Irminy i szwagrem (plus dzieci) na spotkanko w kawiarni. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy. O 2130 Marko z Ivaną poszli do domu, a my stwierdziliśmy, że jedziemy w miasto. Wpadliśmy na łódkę celem zjedzenia szybkiej kolacji i uzupełnienia płynów.

Przed mariną swoją trasę rozpoczynał „wycieczkowy pociąg”, wsiedliśmy więc do niego i za 10 minut byliśmy przy starym mieście. Tam oczywiście piwko, słuchanie „morskich orgulji” i oglądanie „pozdrav suncu”.

Polecam każdemu znalezienie filmiku na Youtube i posłuchanie orgulji. Mógłbym tam siedzieć i słuchać godzinami.
W nabrzeżu na wysokości tafli morza są wydrążone mini tunele o różnych długościach tworzące jakby piszczałki z organ (takich kościelnych). Każda falka powoduje że z organ wydobywają się dźwięki.

Przed północą wróciliśmy do mariny, pożegnaliśmy się z Eweliną i Matiasem. My do łódki a oni do domu.

15-Kolejka

16-Pozdrav suncu

17-Pozdrav

19 sierpnia – wtorek
Kierunek – Pasman
0900 pobudka,
Niebo zachmurzone, chmury deszczowe.
1000 wypływamy,
Wiatr SE 10kn – prosto w dziób, później wzrasta do 17 – 20kn.
Wiele dużych jachtów nie może przepływać pomiędzy Ugljanem i Pasmanem ze względu na wysokość, więc decydujemy się na przejście pod mostem. Mamy około 11m wysokości
Płyniemy do zatoki LUKA ZDRELAC,

1230 znajdujemy wolną bojkę bardzo blisko brzegu – to jest zaleta małego zanurzenia. Espenkt ma około 1,2m.
Podczas manewrów okazuje się, że nie mamy wstecznego biegu. Jak zamontowałem silnik po naprawie, to nie wyregulowałem dobrze cięgna. Regulacja – 5 minut.

Bardzo gorąco, wiatr spada do 11kn z SE.
Cała droga na silniku.
Czas 2h30min, droga 9 Mm.
Staliśmy niedaleko mostu, czasami, jak coś szybko płynęło to nieźle bujało. Ale to nic w porównaniu ze spaniem na łódce w COŻ.
Kąpiele, nurkowanie, sucho vino. Czytanie książek, rozmowy o życiu.

18-Na bojce

19-Skoda

20-Most

21-Jego Wysoko¶æ most

20 sierpnia – wtorek
Plan – kierunek Murter
Wiatr – w porywach 1
Stan morza – 0
Gorąco – bimini bezwzględnie potrzebne.

0820 startujemy, przechodzimy pod mostem i idziemy na południe po zewnętrznej stronie wyspy Pasman. Po drodze kąpiel w zatoczce.
Przez VHF odbieramy prognozę pogody. Wieczorem mają być burze oczywiście z Neverinem.

http://www.velmundi.pl/pl…_chorwacji.html

Postanawiamy zahaczyć o Vrgadę słynącą z pięknych pomarańczowych (? Sajmon raatuj ;) ) klifów.
O 1315 podchodzimy do bojek od półnicnej strony pomiędzy Vrgadą i malutką Artiną.
UWAGA!!!! Nie można przepływać pomiędzy wysepkami – jest bardzo płytko i wystają jakieś stalowe konstrukcje.
Niestety wszystkie bojki są zajęte. Opływamy Artinę i sprawdzamy od strony południowej zaraz przy wejściu do miasteczka Vrgada. Też wszystkie bojki są zajęte. Wpływamy do miejskiej zatoczki i rzucamy kotwicę. Widzę, że do bojek są pouczepiane małe odkryte motorówki, jest więc szansa, że odpłyną przed zmierzchem.
Tymczasem wodujemy pontonik i płyniemy do sklepu. Zakupy, lody i spacerek po Vrgadzie.
Po powrocie na łódkę okazuje się, że jest wolna bojka. Wyciągamy kotwicę i płyniemy na bojkę.
Łapiemy rybki, kąpiemy się, czas płynie baaardzo leniwie. W pewnym momencie zauważam, że w odległości 200 – 300 metrów zacumował do bojki niewielki jacht pod polską banderą. Bandera duża, jacht trochę większy od Espenkta, to nie może być czarterowy.
Wskoczyliśmy z córką do wody i urządziliśmy sobie zawody pływackie z metą przy polskim jachcie. Podpływamy, widzę dwóch kolesiów obróconych do nas tylną częścią kąpielówek. Wołam „dzień dobry” – nie słyszą, podpływamy jeszcze bliżej i jeszcze raz „dzień dobry”. Koleś się odwraca i…kogo można by spotkać tak daleko od domu. Nie dość że znajomy z forum, to jeszcze mieszkający 20km od Polkowic. Passat720 z dwoma kolegami. Krótka rozmowa i umawiamy się na wieczór w jednej z nielicznych knajpek we Vrgadzie.
Wieczór minął przy sałatce z ośmiornicy, kalmarach, piwie i winie. Około 2130 zaczęło się błyskać, więc wróciliśmy na łódkę.
Około 2200 przyszła burza z Neverinem.
Poprawiłem naciąg bimini, zablokowałem rumpel bo tłukł niemiłosiernie i założyłem drugą, luźniejszą cumę na bojkę.
Mimo, że trochę bujało, to sama burza wyglądała przepięknie. Pioruny bijące w ląd i nad wodą, lekki deszczyk. Nie mniej jednak cała noc „na czuwaniu.
Jeżeli zapowiadają burzę, to warto stanąć na bojce lub w marinie. Kotwiczenia nie polecam, zwłaszcza przy tak małym stanie załogi.

Na Espenkcie w zasięgu ręki sternika znajduje się taki sprytny izolowany, zamocowany na „kardanie” kubek na napoje chłodzące. Jakoś tak się poskładało, że nie zakupiliśmy drugiego dla „reszty załogi”.

W ramach prac bosmańskich przygotowałem coś takiego, co by Irminie nic się nie wylewało ze szklaneczki podczas przechyłów:

Na następnym zdjęciu fabryczny uchwyt na napoje.

22-Vrgada

23-Nie têdy droga

24-Nicnierobienie

25-Passat720

26-Pendolino

27-Karlovacko

21 sierpnia – czwartek

20 sierpnia to była środa, a nie wtorek. Źle napisałem w poprzednim poście.

Godzina 0905 leniwie wstaliśmy z wyrka, na zewnątrz pogoda nadal burzowa. Całkowite zachmurzenie, wiatr, ale bardzo ciepło – w końcu to sierpień.
Z racji tego, że pogoda nieciekawa pod względem żeglarskim decydujemy się poczekać jeszcze trochę aż się „przetrze”.

Spokojne chorwackie śniadanko, czyli prsut, syr, rajcice, kruh i maslinovo ulje, i jeszcze crvena kapula.

Później sprawdzenie pogody przez internet – ma być lepiej.
Około 1100 przechodzi porządna nawałnica z silnym deszczem i piorunami.
O 1205 decydujemy, że startujemy. W tym samym czasie rusza Passat720 z kolegami. Oni na północ, my na południe.

Plan na dziś – kierunek Rogoźnica. Licząc na wprost około 30 Mm.
Wiatr niestety nam nie sprzyja, wieje prosto w dziób. Żeby trochę pożeglować decydujemy się wyjść jednym halsem w morze pomiędzy Kornatami a wyspą Żirje, żeby później drugim halsem dojść do Rogoźnicy.

Na Jadranie spory ruch, wszędzie mnóstwo jachtów. Nie mam nic przeciwko motorowodniakom, ale potrafią nieźle namieszać, zwłaszcza pod pokładem – nie swoim. Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni i przygotowani. Wszystko dobrze poukładane. Staram się zawsze brać falę pod kątem prostym i wtedy w zasadzie nic się nie dzieje. Niestety, ale i tam zdarzają się motorowodniacy, którzy nie mają pojęcia o prawie drogi. Kilka razy musiałem uciekać spod dziobu sporego motorowca, który nie zamierzał zejść z mojego kursu. Zdarzały się też „latające Holendry” bez załogi na pokładzie.

Po drodze odwiedziły nas delfiny. Jeszcze takich nie widzieliśmy, były wyjątkowo duże i bardzo ciemne. Już kilka lat temu przestaliśmy robić zdjęcia delfinom. Po prostu wolimy się sycić ich widokiem, niż zerkać na nie przez aparat, a i tak często zdjęcia są słabej jakości, albo widać tylko ślady na wodzie po delfinie.

Przed 1900 dopływamy do Rogoźnicy.
Chcemy stanąć na bojce. Są dwa miejsca z bojkami. Jedno koło mariny Frapa i drugie po wschodniej stronie mostu łączącego ląd z wysepką.

http://www.marinafrapa.com/index.php/en/

Stanęliśmy na bojce przy marinie Frapa. Oczywiście jak najbliżej brzegu.
Cena za bojkę dosyć duża – 290kun. W cenie jest odebranie śmieci, dostęp do sanitariatów, możliwość zatankowania wody i doładowania akumulatorów przy tzw: Transit Pirs-ie.
Ciekaw jestem jakie są ceny bojek po drugiej stronie mostu i czy też są zarządzane przez marinę Frapa.
Bojki są tuż przy plaży/kąpielisku. Woda ma niesamowity lazurowy kolor, plaża prawie biała, a w tle zielone pinie – przepięknie. Chyba nawet jedno ze zdjęć ma szansę ukazać się w kalendarzu forumowym.
Na bojce jest napisane, jaka jest maksymalna długość jachtu, który może przy niej cumować. Bojki są dosyć ciasno poustawiane i byłaby możliwość, że dłuższe jachty mogłyby się „dotknąć”.

28-W drodze do Rogo¼nicy

29-rybak

30-JELO£SABMARIN

31-bojka

32-Frapa

33-lazur

Postanowiliśmy pójść do miasta na kolację. Dookoła zatoki trochę daleko, więc wskoczyliśmy do pontonu i na wiosełkach pocisnęliśmy w poprzek zatoki.

Szybki spacer zwiadowczy w celu zlokalizowania miejsc użytecznych gastronomicznie. Niestety nie znaleźliśmy niczego interesującego. Zrobiliśmy więc zakupy w sklepie, zlokalizowaliśmy targ (przy moście) i wróciliśmy do pontonu. Zawsze uczulam dziewczyny, żeby ostrożnie wsiadały do pontonu i nigdy nie stawały na skrajne części pontonu, bo grozi to wywrotką. Wsiadłem jako pierwszy, usiadłem na dziobie i wychyliłem się po zakupy. No i pierwszy raz w życiu zaliczyłem wywrotkę na pontonie. Dobrze że było już ciemno i w zasadzie nikt nie zwrócił uwagi, ale pewnie parę osób pomyślało sobie w duchu o pijanych żeglarzach. A ja trzeźwy byłem jak nigdy!

34-Drugi brzeg

35-Daleko jeszcze

22 sierpnia piątek

0800 – pobudka.
Może dla większości to jeszcze środek nocy jak się jest na wakacjach. Mi się prawie nie zdarza wstawać później, nawet po nieprzespanej nocy.
Zachciało nam się zrobić większe zakupy na targu za mostem. Piechotką za daleko, więc załadowałem na pontonik rower, dopłynąłem do brzegu, złożyłem swojego składaka i w drogę. Przy okazji, żeby się nie przestawiać specjalnie pod „benzinskom pumpe”, bo dziewczyny chciały jeszcze poplażować, wziąłem ze sobą kanisterek na paliwko. Co prawda za dużo paliwa nie zużyliśmy, ale jak mam tylko okazję, to lubię mieć zatankowany bak do pełna.

Pierwszy raz targ z warzywami, później paliwko i na koniec zimne napoje w sklepie w marinie.
O 1030 wszystko było już na łódce. Podpłynęliśmy pod „TRANZITNI GAT”, dotankowaliśmy wodę i w drogę.

Byliśmy poumawiani z kilkoma znajomymi w różnych miejscach naszej trasy, dlatego troszkę chcieliśmy podgonić.

O 1110 wypływamy.
Ciepło – 30 stC,
999hPa,
Wiatr SSE 12kn,
Niebo zachmurzone.
Kierunek – wyspa Solta.

Spokojna żegluga – częściowo na silniku.
Po drodze przepływamy przez „ponoć” jedno z piękniejszych miejsc w Cro, gdzie woda ma niesamowity lazurowy (?) kolor. Jest to pomiędzy dużą wyspą DRVENIK VELI i dwoma malutkimi KRKNJAS VELI i KRKNJAS MALI (wyspa – OTOK). Niestety jest to bardzo popularne miejsce wśród wodniaków/turystów, więc tylko przepłynęliśmy tam, licząc że w drodze powrotnej będzie mniej ludzi.

O godzinie 1630 byliśmy na „naszej” zatoczce na wyspie Solta.

NO I SIĘ ZACZĘŁO!!!!!!
JUŻ NA NAS CZEKALI!!!!

36-DSC02348

37-DSC02358

38-DSC02360

39-DSC02361

40-DSC02373

41-DSC02458

42-DSC02475

43-DSC02488

Parę słów o kotwicy.
Do naszego Espenkta, który waży około 2200kg (zatankowany) mamy kotwicę typu Bruce 10kg, do tego 40mb łańcucha kalibrowanego fi 8mm o najwyższej wytrzymałości, czyli klasy 50.
Różnica w cenie takiego samego łańcucha w klasie 20 i w klasie 50 jest nieduża, a wytrzymałość dwa razy większa:
Grade 20 – 25kN
Grade 50 – 50kN
I odpowiednio obciążenie użytkowe:
Grade 20 – 630kg
Grade 50 – 1250kg
Poniżej tabela z parametrami łańcuchów:
http://www.chojnowskielancuchy.pl/oferta/ognkr.pdf
Waga łańcucha taka sama. Dodatkowo warto mieć łańcuch cynkowany ogniowo. Cynkowanie galwaniczne jest za słabe i łańcuch zaczyna szybko rdzewieć.
Nie bez powodu podałem linka do tego producenta. Tam właśnie kupiłem łańcuch. U pana Roberta Krzyżaniaka można wynegocjować bardzo dobrą cenę. Łańcuch kalibrowany, ocynkowany ogniowo i o wysokiej wytrzymałości miałem w cenie zwykłego łańcucha z Castoramy.
Jeszcze jedna rzecz. Nie widziałem ani razu, żeby ktoś zamiast łańcucha miał linę. Pomijam łódki rybaków z czymkolwiek do kotwiczenia.
Standardowo wypuszczam co najmniej 20-25 mb łańcucha, jeżeli robi się gorsza pogoda to co najmniej 30 metrów albo całość. Mam też przygotowanego 5kg prosiaka, ale nigdy nie było potrzeby żeby go użyć. Mam także zapasową kotwicę Danfortha z odcinkiem łańcucha i liną – nigdy nie używana, i niech tak zostanie ;[
Z reguły kotwica łapie bardzo dobrze, chyba że trafi się na trawy, wtedy bywa różnie i można się zdziwić. Na szczęście kotwiczy się na niedużych głębokościach i doskonale widać jakie jest dno.

Zakotwiczyliśmy przy wejściu do zatoki w odległości około 200 metrów od jachtu Marka i Danusi. Ledwo skończyliśmy kotwiczyć, a już przy naszej burcie był Marek na swoim bączku. Okazało się, że przygotował dla nas mooringi na końcu zatoki tuż obok ich Roxy. Stwierdził krótko, że nie będziemy taki kawał pływać pontonem zwłaszcza, że ma duże zapasy wina………
No to kotwica w górę i jazda na silniczku. Cumujemy i zaczyna się powitanie. Stoimy od Roxy jakieś 4-5 metrów. Oni dziobem do nabrzeża, my za ich rufą na mooringach. Mooringi zaczynały się i kończyły w wodzie – takie toszkę nietypowe.
Nie widzieliśmy się ponad rok, a wydaje nam się, że rozstaliśmy się wczoraj.
Chwila na klar na pokładzie i pod pokładem. Przepływamy swoim pontonikiem, a na Roxy już czeka na nas powitalna kolacja.
Kobasica, rajčica, doskonały „chorwacki” syr (później Marek powiedział nam, że to produkt litewski), kruch, maslinovo ulje, sucho vino i nalewki z rakiji, świeże smokvy.
Spróbujcie zjeść chorwacki chleb ze świeżymi figami – pyszne.
Zaczęły się morskie (i nie tylko) opowieści.
Marek z Danusią pomieszkują (w sezonie) w Chorwacji już od wielu lat, są doskonałą kopalnią wiedzy na temat tamtejszych obyczajów, pogody, kultury itd. Można z nimi rozmawiać godzinami. Przy tym są bardzo pozytywnie nastawieni do świata, otwarci, więc przebywanie z nimi jest niezwykłą przyjemnością.
Żadnych zasad – jak to mawia Marek.
W miłej atmosferze minął nam wieczór. Najedzeni i napojeni wracamy (ostrożnie żeby nie wypaść z pontonu) na Espenkta.
Umawiamy się, że rano dziewczyny płyną „na Dubrovnik”, a ja z Markiem wsiadamy w auto, jedziemy do miasteczka w głębi wyspy na zakupy. Mamy kupić coś na obiad.

44-Zastava

45-Suszenie fig

46-Stara t³ocznia oliwy

47-Smokvica

48-Maslinovo ulje

49-Baardzo stare zbiorniki na maslinovo ulje

50-KONOBA

23 sierpnia

Godzina 0800 pobudka.
Marek z Danusią już nie śpią. Krótka toaleta, dziewczyny płyną „na Dubrownik” a ja z Markiem jedziemy do miasteczka w centrum wyspy na zakupy.

Menu na dziś: grillowane ryby, ziemniaczki z blitvą i vino, vino, vino, vino……….

W miasteczku jest nieduży targ, dwa sklepy, „rzeźnik”, kawiarenka i sklep budowlany.
Jako, że Marek robi tam zakupy od wielu lat to można się dowiedzieć, że najlepsze vino i sery kupuje się oczywiście u rzeźnika. Blitvę i krumpiry kupujemy za straganie z warzywami „EKO”. Nie dlatego, że jest eko, tylko dlatego, że jest to naprawdę uprawiane na wyspie, a nie sprowadzane z innych krajów co niestety zaczyna być normą w Cro. Poza tym prowadzą to młodzi ludzie, którzy są na dorobku i próbują rozkręcić swój biznes.
Z rybami też zaczyna być różnie.
Z kilku sprzedających tylko jeden jest „pewny”. Pozostałym zamiast świeżych ryb zdarza się sprzedawać rozmrożone jako świerze.
Żeby nie latać „na Orlena” bo zabraknie, kupiliśmy od razu 15 litrów wina.
Do tego melony, lody, kruh i inna drobnica.
Wsiedliśmy do auta i myślałem, że wracamy do domu, ale Marek zawiózł mnie na koniec miasta do malutkiego domku po coś EXTRA. Mieszka tam starsze małżeństwo, które trudni się przetwórstwem ryb. Oczywiście to też znajomi Marka. Jak weszliśmy, to akurat „filetowali” marynowane szprotki. Zapaszek był nietęgi, ale kiedyś już je jadłem i dla mnie bomba. A przyjechaliśmy po marynowanego w oliwie tuńczyka. Pan starszy raz na jakiś czas jedzie do Splitu i przywozi całego tuńczyka, następnie kroi go na kawałki i marynuje. Litrowy słoik załadowany do pełna mięsem kosztuje 150Kn. Wart jest swojej ceny! Nie ma to absolutnie żadnego porównania do tego co kupujemy w sklepach.

Po zakupach podjechaliśmy do Ivki, zostawiliśmy zakupy i pojechaliśmy „na dół” do zatoki. Późne śniadanko, kawka i przedobiedni aperitif. Znowu droga „na Dubrovnik” i rozmowy „o życiu”.
O 1300 w piątkę jedziemy do Ivki na obiad.

51-Tuñczyk!!!!!

52-Kapary

53-Stara kuchnia

54-Palimy kawê

Do Ivki przyjechaliśmy autem Marka.
Dziewczyny wzięły się za szykowanie obiadku – ziemniaki z czosnkiem, czerwoną cebulą i oliwą. Marek rozpalił grilla i wstawił zaprawione przez Ivkę ryby.
A ja nalałem wszystkim (oprócz Ewy) po szklanicy wina i wziąłem się za robotę.
Ivka mieszka sama i ma wiele „prowizorek”.
Za grillem ma ogromny zbiornik na „kisznicę” – deszczówkę, którą używa do podlewania. Pompa wody jej zaniemogła. Naprawiłem pompę i przy okazji doprowadziłem do stanu używalności instalację zasilającą. Jak zobaczyłem stan kabli, które leżą w wodzie, to dziwiłem się, że jeszcze nikogo nie poraziło.

W międzyczasie następna szklanica „napoju”. Później obiad, „napoje”, lody, figi, „napoje”, „napoje” i inne „napoje”.
Jak zwykle w towarzystwie Ivki, Marka i Danusi nie można się nudzić. Znowu były opowieści Ivki o II wojnie, życiu na wyspie, rodzinie, zwyczajach. Marek z Danusią wspominali różne rejsy, warunki pogodowe w Cro. Były też chorwackie pieśni ludowe. Eeech!!!!!

Około 1700 ruszyliśmy w drogę powrotną spacerkiem nad zatokę. Po drodze znowu opowieści o tamtejszej faunie i florze.

Do tego dnia jeszcze nigdy nie bolał mnie brzuch od przejedzenia – właściwie powinno się mówić o „totalnym obżarstwie”!!!!!!!

Około 1800 nadeszła silna burza – na szczęście w zatoczce nie była odczuwalna. 1930 – koniec burzy.
Podpływamy na Roxy i wspólnie robimy kolację. Płyniemy „na Dubrovnik”.

55-DSC02384

56-DSC02386

57-DSC02388

58-DSC02395

59-DSC02396

60-DSC02429

61-DSC02440

62-DSC02444

63-DSC02451

64-DSC02467

24 sierpnia
0800 – pobudka
0830 – śniadanie
Niebo średnio zachmurzone – 23 st C.

Obiad u Ivki
Ośmiornica z ziemniakami, cebulą, oliwą, ogórkami……vino, prośek
Pychota!!!

Ivki dom został wybudowany w 1927 roku przez jej ojca.
Jest to „czterorodzinny” największy i najpiękniejszy dom we wsi.
Od lat 60-tych 3/4 domu jest niezamieszkane. Zostały tam sprzęty z tamtych lat i mieliśmy okazję to pooglądać.

65-Salata od hobotnice

66-Melon z Amaro w³asnej produkcji

67-Obiadek u Ivki

68-Od³amek bomby z II wojny

69-Dom

70-1926

71-Burda z lat 60-tych

72-DSC02567

73-Zlew z lat 60-tych

74-Widok ze strychu

75-Skóra z wê¿a - nie stra¿ackiego!!!

25 sierpnia

cyt:
Mirek z Markiem pojechali do Ivki – Mirek był elektrićarem.

W „konobie” – czyli przyziemiu instalacja elektryczna była w katastrofalnym stanie co groziło pożarem, porażeniem, a w dodatku żeby Ivka mogła zaświecić światło to musiała przejść na drugi koniec ciemnej konoby.
Niedaleko jest „hurtownia” budowlana. Marek kupił osprzęt elektryczny, kable były u Ivki, więc wziąłem się za robotę.
I tak mi zeszło aż do obiadu. Przy okazji pogadałem sobie z Ivką o życiu, wojnie, rodzinie….

ciąg dalszy z dziennika:
Na obiad wielkie obżarstwo.
Ryba PALAMIDA – podobna do tuńczyka, ale gorsza (według Chorwatów).
https://hr.wikipedia.org/wiki/Palamida
Jest też podobna ryba do palamidy – nazywa się trup. Jest bez niebieskiego połysku.
Do tego krumpiry z fażoletą (fasolka szparagowa).
Ciasto filo z jabłkami – mniam i do tego puno ćrno, bijelo vino.

Za zrobienie oświetlenia Mirek dostał bańkę oliwy pierwszej klasy wytłoczonej z oliwek z maslinowego gaju Ivki.

Oczywiście nie zgadzałem się na jakąkolwiek zapłatę za swoją robotę, ale Marek powiedział, że oliwę NALEŻY przyjąć – więc wziąłem.

76-Palamida

77-Ivka piecze palamidê

78-Mniam!!!!

79-Ciasto filo

26 sierpnia

0910 – start
Opuszczamy zatoczkę Marka i Danusi i ruszamy w stronę Breli.
998hPa
ciepło
wiatr 5kn NE

Po drodze postanowiliśmy podpłynąć „pod ląd” żeby zobaczyć „nasz” kemping od którego zaczęła się nasza przygoda z Chorwacją.
Przyjeżdżaliśmy tam przez pierwszych kilka lat.
Pierwszy raz byliśmy tam rok po ICH wojnie.
Nie było jeszcze autostrady, jechało się maluchem krętymi drogami przez góry. Wypalone domy wyrwy po bombach w drodze, ślady od kul, a nawet „murek” ułożony z granatów moździerzowych.
Przez wiele kilometrów jechało się nie widząc żadnego życia.

No dobra wracamy do naszego kempingu.
Jest to najpiękniej położony kamping jaki widziałem.
Namiot rozbijaliśmy właśnie w tym miejscu, w którym stoi ten szaro zielony namiocik. Za namiotem w tej pionowej skale jest wykuta wnęka, w której mieściła się kuchenka turystyczna.
Na lewo od tego niebieskiego parasola jest wejście do kilkumetrowej pieczary, gdzie można sobie zrobić miejsce do spania w upalne noce.
Po prostu RAJ!!!!

80-Kemping

81-Kemping1

82-Kemping2

Na pierwszym zdjęciu widać kamieniołomy na wyspie Brać.
Z tych kamieniołomów pozyskano marmur zarówno do budowy Pałacu Dioklecjana w Splicie,
jak i do budowy Białego Domu za oceanem.
http://www.diocletianspalace.org/
https://en.wikipedia.org/wiki/White_House

Dopływamy do Breli, gdzie chcieliśmy się zatrzymać – planowaliśmy spotkanko ze znajomymi, którzy tam odpoczywali.
Niestety brak wolnych miejsc, więc płyniemy do Baśki Vody.
1430 – stoimy w Baśka Voda na mooringu.

Uwaga: nasz jachcik ma tylko 8,2 metra, a mooringi przygotowane są dla dłuższych jednostek. Były więc za krótkie i musieliśmy je sobie przedłużyć we własnym zakresie.
Cena za łódkę z prysznicami, prądem i wodą 250kn.

O godzinie 1600 mamy wizytę naszych znajomych z Breli.
Przyjęliśmy ich chlebem i oliwą. Oprócz tego prsut, crvena kapula, syr, vino, Karlovacko piwo.
Po dwóch godzinach ruszamy wszyscy do Breli z rewizytą.
Oj daleko, daleko do Breli. Gdyby nie napoje „izotoniczne” to pewnie nie dalibyśmy rady.
Grill, napoje i…..o 2330 ruszamy na łódkę.
0030 jesteśmy w domu.

Na ostatnim zdjęciu Św. Mikołaj – patron Baśki Vody.
Święty Mikołaj – katolicki biskup z Myry (Azja Mniejsza) – jest patronem Grecji, Rusi, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; miasta Baska Voda (Chorwacja), a także dzieci, panien, podróżnych, pielgrzymów, jeńców, więźniów, studentów, bednarzy, cukierników, flisaków, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, piekarzy, piwowarów, rybaków, sędziów oraz żeglarzy. Mikołaj zaliczany był niegdyś do tzw. czternastu orędowników.

Gdzieś w sieci znalazłem coś takiego:
Kult św. Mikołaja jest wciąż żywy. W wielu miejscach na świecie znajdują się świątynie ku jego czci oraz rzeźby. Wiele z nich ustawionych jest nad brzegiem morza, Święty patron rybaków, żeglarzy i marynarzy, ma wciąż na oku swych podopiecznych. Przykładem może być choćby przepiękne miasteczko w Chorwacji – Baska Voda – któremu patronuje św. Mikołaj. W czasach komunistycznych – z racji tego, że właśnie stamtąd wywodziło się wielu kapłanów – miasteczko to nazywane było „Małym Watykanem”.

83-Kamienio³omy

84-Na celowniku Brela

85-Tam jest nasz Espenkt!!

86-Powrót z Breli

87-¦w. Miko³aj

27 sierpnia

0930 pobudka.
Spacer, kawka i zakupy w Konzumie. http://www.konzum.hr/

1030 start w kierunku Tucepi.
Wiatr do 20kn z S.
Około 1300 dopływamy do Tucepi, niestety brak miejsc w marinie.
Zmiana planów – płyniemy do Makarskiej.
Po chwili zmiana planów ze względu na zapowiadane jugo, a port w Makarskiej nie zapewnia dobrej ochrony przed tymi wiatrami.
Zawracamy i płyniemy do Podgory.
1430 „parkujemy” w Podgorze na muringach rufą do nabrzeża vis a vis konoby Klemić.
Jest to marina miejska. Prąd, woda. Brak toalet. Cena 130kun.

Postanawiamy trochę poplażować.
Konoba Klemić staje się na dwa dni naszą jadłodajnią. Polecam każdemu – warto.

88-DSC02728

89-DSC02732

90-DSC02739

91-DSC02755

92-DSC02764

93-DSC02816

94-DSC02818

95-DSC02838

29 sierpnia

1000 – start w kierunku Hvaru
999hPa
Temperatura 30st
Chmur brak
Wiatr 3kn
prędkość 2kn

Tradycyjnie pomiędzy Braćem i Hvarem wiatr jest o wiele silniejszy, pojawiły się nawet fale.
Obok nas śmigają windsurferzy. Jest to chyba najbardziej znane miejsce w Cro, w którym można śmigać na desce, albo na kajcie.

Niestety, ale prognozy pogody są coraz gorsze. Zaczynają straszyć burzami i kilkudniowymi sztormami. Postanawiamy nie kontynuować wycieczki na południe, tylko powoli wracać w kierunku Zadaru.

Płyniemy na silniku, bo oczywiście za Bolem wiatr zdechł. Przelewamy z kanistra do zbiornika 15l paliwa. Lubię mieć pełny bak.

Na miejsce postoju wybieramy zatokę Lucice. Dokładnie na południe od Milnej.
Według mapy mają tam być bojki rozstawione przez właścicieli restauracji.
Przy cumowaniu obowiązuje prosta zasada. Cumujesz za darmo, ale musisz skorzystać z restauracji.
Wpłynęliśmy do zatoki i na lewo od wejścia zobaczyliśmy, że przy restauracji jest nawet pomost z mooringami. Dostępna była nawet słodka woda.
Postanowiliśmy się tam zatrzymać.

Poszliśmy do konoby. Siedziało tam z pięć osób. Na początek oczywiście po Karlowaćkim i złożyliśmy zamówienie. Czekaliśmy i czekaliśmy. Kelnerka była totalnie nierozgarnięta, ale nigdzie się nie spieszyliśmy, więc siedzieliśmy sobie popojaliśmy piwko i delektowaliśmy się pięknymi widokami.
Niestety jedzenie było po prostu okropne. Pieczone ziemniaki na 100% były przypiekane z piąty raz, a kalmary z grilla były po prostu surowe.
Dopiliśmy piwo. Zapłaciliśmy za wszystko w zasadzie nie ruszając jedzenia. Powiedziałem kelnerce, że jeździmy do Cro od wielu lat, ale pierwszy raz w życiu jedzenie w restauracji jest niejadalne. Była bardzo zaskoczona. Pokazałem jej surowego kalmara – nic nie powiedziała.
Tak, że zdecydowanie nie polecam tej konoby. Żadne z dań nie było jadalne. No, może frytki które zjadła córka.

96-DSC02887

97-DSC02902

98-DSC02948

99-DSC02885

30 sierpnia

0850 startujemy Wiatr – ZERO
Płyniemy na silniku.
W radio, internecie i na VHF coraz częściej straszą kilkudniowymi sztormami. Postanawiamy pocisnąć jak najdalej w kierunku Zadaru.
Po drodze odbijamy w kierunku wysp Drvenik Veli Krknjaś Veli i Krknjaś Mali.
Koniecznie chcieliśmy zaliczyć kąpiel i nurkowanie w wodzie, która słynie z niesamowitego lazurowego koloru.
Stanęliśmy na kotwicy. Przez dwie godzinki kąpiel i nurkowanie.
Niestety jest to bardzo popularne miejsce wśród turystów, więc jest mnóstwo statków, jachtów, łódek i łódeczek.

Ruszamy dalej. Za cel obieramy sobie Zlarin.
Przepływamy bardzo blisko zmilitaryzowanej wyspy. Widać, że nadal stacjonuje tam wojsko. Sporo bunkrów. Niestety nie pamiętam która to wyspa.
O 1540 nagle silnik zaczyna strasznie drżeć i głośno pracować – odruchowo wyrzucam na luz. Na luzie pracuje normalnie. Pierwsze co mi przyszło do głowy to pewnie coś się stało ze śrubą. Maska płetwy i skok do wody. Na szczęście jest to tylko zwykły czarny worek na śmieci – pusty.
Po chwili płyniemy dalej.
1730 wpływamy do Zlarinu.
Na prawo przed portem są bojki, ale widzimy, że przy nabrzeżu jest mnóstwo miejsca.
Stajemy na mooringach w miejskiej marinie.
Woda i prąd, brak prysznica – cena 208kun.
Idziemy na lody, piwko i pozwiedzać miasto.
Przy kościele trafiamy na próbę organisty. Siedzimy na murku przed kościołem i słuchamy muzyki organowej. Po ogrodzie przy kościele chodzą sobie bażanty. PIĘKNIE!!!

100-DSC02971

101-DSC02983

102-DSC02990

103-DSC02995

104-DSC03002

105-DSC03040

106-DSC03029

31 sierpnia

0720 – wypływamy
Wiatr – 0
Temperatura – 20st
Niebo lekko zachmurzone.

Niestety, ale na następny dzień zapowiadają kilkudniowy sztorm.

Mieliśmy jeszcze tydzień urlopu ale bałem się, że jak zatrzyma nas gdzieś na południu Chorwacji na kilka dni, to możemy mieć później problem z terminowym powrotem do Polski, a 08 września musieliśmy być w pracy.
Postanawiamy więc wracać do Zadaru.
Wtedy wydawało mi się, że jest to słuszna decyzja, co później się potwierdziło.

Cały czas na silniku. Na wszelki wypadek po drodze dolewka paliwa i o 1518 weszliśmy do Mariny Borik w Zadarze.
Od razu wzięliśmy się za przygotowanie jachtu do wyciągnięcia z wody. Do wieczora maszt był położony. Solary razem z bramką zdemontowane, powietrze z pontonu spuszczone. Wszystko umocowane i gotowe.
Wieczorem rozszalała się burza z piorunami.
01 września było szaro buro i ponuro. Popadywał deszcz. Około 1000 wyciągnęliśmy Espenkta z wody. Ostatnia kąpiel przed podróżą i….ruszamy do domu.
We wtorek rano po 0500 wstawiliśmy łódkę do ogródka obok domu i…..spać.
W sumie podczas całego rejsu zrobiliśmy 250mil, z czego niestety ale około 70% na silniku. Niestety ale wiatry nie dopisały. Ale miejmy nadzieję, że następnym razem będzie lepiej – pod względem żeglarskim oczywiście.
Ale przecież został nam jeszcze tydzień urlopu…….
Płynąc w stronę Zadaru byliśmy blisko brzegu, więc nasz chorwacki internet działał bez zarzutu. Zaczęliśmy szukać czegoś…….sami do końca nie wiedzieliśmy czego….
Jakieś tanie loty, jakiś nocleg….???
Ale jakoś nic ciekawego nie było.
We wtorek po krótkim spaniu tak na wszelki wypadek ja wziąłem się za rozpakowywanie łódki, a Irmina zaczęła prać nasze rzeczy.
Po południu znowu zaczęliśmy szukać jakiegoś ciekawego miejsca, żeby spędzić tam końcówkę urlopu.
We środę wieczorem wnosiliśmy bagaże do wynajętego mieszkania w……..Budapeszcie, skąd wróciliśmy chyba w niedzielę.

107-DSC03076

108-DSC03103

109-DSC03102

110-DSC03116

111-DSC03137

112-DSC03139

113-DSC03144